A miało być tak pięknie...

"1825 dni... czyli 5 lat później!?"
Takim tytułem miał się zaczynać post rocznicowy.
Miało to nastąpić 10 kwietnia 2019 r.
Takie były założenia. 
Moje. 
Osobiste.

Niestety ktoś miał inne plany wobec mnie. Jak wiadomo (powszechnie zresztą), gdy chcesz rozbawić Boga, opowiedz mu o swoich planach. Nawet byłoby to zabawne, gdyby nie fakt, że zmiana owych planów zajęła nam (aż, tylko?), 109 dni i kosztowała wszystkich zdecydowanie za dużo, o wiele za dużo.  Ale może po kolei.
Staram się, co prawda nie "obnażać" publicznie, ponieważ blog mój traktuje o dzierganiu, ale tym razem zrobię wyjątek.
Ku przestrodze.
Ku pamięci.
Będzie poważnie.

W poprzednim poście pożegnałam się "optymistycznym akcentem", i w takim optymistycznym nastroju, z plikiem badań pod pachą, zrobionych o dziwo w błyskawicznym, jak na nasze realia tempie oraz spakowaną torbą, stawiłam się w wyznaczonym terminie na oddziale chirurgii w jednym ze szpitali warszawskich. 
Zabrałam ze sobą szydełkową robótkę, by przez te 3 dni móc zająć czymś ręce i myśli, czyli jak to mój Pierworodek mawia "odmóżdżyć się móc".
 Dzień pierwszy - wywiady medyczne, badania, wenflony, nowa koleżanka, dwuosobowa sala z TV,  dwa fotele i stolik, i gdyby nie cel pobytu , można by pomyśleć, że pokój hotelowy.
Dzień drugi - przygotowania do cholecystektomi laparoskopowej (usunięcie pęcherzyka żółciowego), byłam druga w kolejności. Mycie, "służbowe" ubranko, przejazd łóżkiem na blok operacyjny - widok zupełnie jak z filmów, przesuwające się lampy sufitowe, personel medyczny po bokach łóżka...
Sala operacyjna, przygotowania, kroplówka, antybiotyk, cichy i spokojny głos anestezjologa:
- Patrz Aniu, pierwszy raz w życiu mi się to przytrafiło. Maseczka tlenowa się złamała!?
Przeszło mi przez myśl - "No! To mam przesrane" Szybko jednak odpędziłam od siebie tą myśl, święcie przekonana, że skoro nie wypowiedziałam tych słów na głos, to NIC się nie stanie.
...
Obudziłam się na łóżku w sali pooperacyjnej z dwoma silnymi odczuciami, bólu i pragnienia. Ból zwyciężył i prawie natychmiast został "pokonany" przez opiekującą się chorymi siostrę. Następne co zarejestrowałam, to powrót na salę, gdzie czekał na mnie Małżonek Mój Osobisty. Resztę dnia i praktycznie całą noc przespałam, pod wpływem środków przeciwbólowych.
Dzień trzeci - w którym normalnie wychodzi się do domu. Mój zaczął się próbą wstania z łóżka. Usiadłam przy pomocy pielęgniarki. Natychmiast pojawił się ból, który w normalnych warunkach pewnie zwaliłby mnie z nóg, a że siedziałam to "tylko" odebrało mi dech w piersiach.
Ból, który zaczynał się na wysokości przepony, przechodził wzdłuż kręgosłupa poprzez obojczyki i kończył się na karku. Ból, który uniemożliwiał mi wzięcie oddechu. Ból, który nie przechodził po dożylnych, silnych środkach przeciwbólowych. Dla jasności dodam, że nie mam pojęcia jak i czy w ogóle miałam jakieś dolegliwości w obrębie przeprowadzonej operacji. 
Nie było mowy o powrocie do domu. Zamiast wypisu dostałam tlen, kolejną kroplówkę, tym razem z paracetamolem, po którym "odjechałam", więc podłączyli mnie pod monitoring, a zamiast tlenu dostałam wziewne sterydy. Oczywiście nastąpiła znacząca poprawa, a mnie "przyklejono" łatkę histeryczki. 
Dzień czwarty - noc była straszna, dzień to powtórka z rozrywki, znów tlen, sterydy, kroplówki, monitorowanie saturacji i pracy serca. Tłumaczenie lekarzom, że ból jest nie do zniesienia, że leki nie pomagają. Odpowiedź jednego z lekarzy: "ludzie mają różne progi odczuwania bólu" (?!?) 
Do domu tego dnia nie wyszłam, ku niezadowoleniu lekarzy. 
Dzień piąty - Kolejna koszmarna noc. Wytrzymałam do godz. 6:00 i "zażądałam" lekarza. Ból. Dostałam kolejne sterydy, po których poczułam ulgę fizyczną, ale okazało się, że jestem lekomanką (?!?), tak dla odmiany.
Tego nawet dla mnie było za dużo, zadzwoniłam do Małżona Mojego Osobistego i kategorycznie oświadczyłam, że wracam do domu. Co za różnica, czy będzie bolało mnie w domu, czy w szpitalu. Pomieszałam mu moim oświadczeniem plany, bo właśnie wspólnie z synem wybierali się do szpitala celem interwencji, zamiast tego wywieźli mnie ze szpitala (na wózku), z receptą na Tramal oraz "radosnym" wypisem w ręku, na którym dumnie widniało: "pacjentka w stanie dobrym wypisana do domu". 
Zażyłam więc ten Tramal, w samochodzie, przed blokiem, by móc zeń wyjść i usiąść na fotelu z kółkami, którym syn zawiózł mnie do domu. 
Po trzech dobach Małżon Mój Osobisty miał dość. Nie mógł już patrzeć na półprzytomną od leków i bólu połowicę ;o)
Zadzwonił do przychodni i poprosił o wizytę lekarską. Dostałam kolejne leki...
Po 14 dniach przyszedł czas na zdjęcie szwów. Pojechałam z mężem i synem, naćpana Tramalem, do przychodni przyszpitalnej, gdzie kolejny raz lekarz, który mnie przyjmował nie zwracał uwagi na moje uskarżanie się na ciągły ból i trudności w oddychaniu, skupił się na posterydowej grzybicy w jamie ustnej. Wróciłam więc do domu i dalej brałam leki przeciwbólowe i rozkurczowe.
Potem była Wielkanoc i dłuuugi majowy weekend. Zaczęliśmy z mężem zauważać u mnie objawy przedawkowania leków, trzeba było je zacząć powoli odstawiać. Mijał miesiąc, zwolnienie mi się kończyło, a ja zamiast zdrowieć, dosłownie nikłam w oczach, przez miesiąc schudłam 12 kg.
I znów mąż z synem zawieźli mnie do przychodni, tym razem rejonowej, gdzie z miejsca dostałam zwolnienie oraz pilne skierowanie na USG. Pojechaliśmy. Podczas badania, lekarka dała mi do wyboru dwie opcje, albo jadę od razu po wyjściu z gabinetu do szpitala, albo ona wzywa karetkę. Pojechałam sama, a raczej zawieźli mnie, mąż z synem.
Już po 12 godzinach spędzonych na SOR, zrobieniu badań oraz tomografii komputerowej, trafiłam na ten sam oddział, z którego w dość kontrowersyjnych okolicznościach zostałam wypisana miesiąc wcześniej. 
Gdy już rozpoznano, co też od miesiąca raczy mi dolegać, gdy już pozamykali rozdziawione usta i wytrzeszczone oczęta, które porobiły się dosłownie wszystkim, którzy oglądali wykonane prześwietlenia, na których uwidocznione było "coś", wielkości 20x16 cm(!?), pod prawym płatem wątroby, oraz "coś" o wielkości 3x4 cm przy lewym płacie wątroby, postanowiono wdrożyć leczenie. 
Leczenie, które polegało na założeniu drenu pod prawy płat wątroby, gdzie po operacji zebrało się  ponad dwa litry żółci (to tak jakby wepchnąć sobie pod wątrobę butelkę coca-coli). 
Ale co ja histeryczka i lekomanka wiem o życiu? ;o)
Rozpoznanie: Biloma
Dren w znieczuleniu miejscowym, już przy drugiej próbie udało się wepchnąć (dosłownie), pod moją wątrobę. Jak żyję, tak się nie darłam, choć z perspektywy czasu, nie wiem czy z bólu, czy jako odreagowanie po miesiącu cierpienia.
I tak, z tym drenem wystającym z wątroby, przez kolejne trzy tygodnie, starałam się jakoś funkcjonować w szpitalnym środowisku. 
Po zakończeniu drenowania, powrót do domu i kolejny miesiąc zwolnienia. Tym razem mogłam skupić się na dochodzeniu do formy (szumne słowo, biorąc pod uwagę prawie dwumiesięczne leżenie). 
Wróciłam już do pracy, ale mój stan zdrowia pozostawia wiele do życzenia. 
Szału nie ma. 
Z bólem i dyskomfortem jestem ma "Ty" ;o) choć wolałabym ich nie poznać ;o)

Pominęłam szczegóły, opisy zabiegów, moich odczuć, relacji lekarzy z nami, komentarzy rodziny, znajomych i co najważniejsze to, co przeżył Małżon Mój Osobisty i dzieci. To są zbyt intymne i drażliwe przeżycia, i jako takie pozostaną tylko w naszych wspomnieniach.
A chusty do dzisiaj nie skończyłam :o(



Jest jednak ktoś, kto wcale nie narzekał na wiecznie rozścielone łóżko ;o)

Komentarze

  1. Nie potrafię sobie nawet wyobrazić, co przeżyłaś, ale już sam opis tych tygodni brzmi strasznie! Życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia i do pełni sił :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyobrażaj sobie, Olu. Takie "cuda" w ogóle nie powinny zdarzać się w naszym życiu ;o)
      Dziekuję i pozdrawiam serdecznie :o)

      Usuń
  2. Kochana współczuję bardzo i życzę dużo ,dużo zdrowia i powrotu do sił.
    pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
  3. Zdrowia, powrotu do sił oraz braku bólu. Trzymaj się. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziekuję bardzo i równie serdecznie pozdrawiam :o)

      Usuń
  4. Dużo zdrowia życzę ale swoją drogą tych lekarzy to bym....
    😤 Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Życzymy zdrowia i szybkiego powrotu sił! Pozdrawiamy!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Pchełki i pozdrawiam serdecznie :oD

      Usuń
  6. Aleś się wycierpiała Moniko, szczerze współczuję Ci. Myślałam ostatnio o Tobie i o tym dlaczego nie dajesz nowych wpisów. No i zagadka się rozwiązała. Życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia. Chusta śliczna :)).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zastanawiałam się już nawet nad zamknięciem bloga, ale na szczęście wstrzymałam się z decyzją i chyba dobrze zrobiłam, bo bardzo by mi Was brakowało ;o)
      Dziękuję bardzo i pozdrawiam :oD

      Usuń
  7. Moniczko, życzę Ci szybkiego powrotu do zdrowia i dobrego samopoczucia bez bólu. Pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Moniczko, przeczytałam Twojego posta i aż mnie ciarki przeszły. Współczuje Tobie kochana tego co przeszłaś :( Brak słów na naszą służbę zdrowia... Kochana trzymaj się, dużo zdrówka i spokoju życzę! Uściski! PS. Chusta piękna!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, co opisałam, to jest tylko mały fragment, tylko fakty, choć i tak nie wszystkie ;o)
      eh...
      Dziękuję i pozdrawiam serdecznie :o)

      Usuń
  9. Czytałam jak kryminał poplątany z horrorem medycznym bardzo mnie to wciągneło ale z całego serca współczuje♡♡♡

    OdpowiedzUsuń
  10. Włosy stanęły mi dęba jak to przeczytałam. To koszmar i horror razem wzięte! Chociaż warunki miałaś dobre ale brak zainteresowania i obojętność ze strony personelu medycznego są straszne. Ból zawsze jest sygnałem, że coś się źle dzieje w naszym organizmie i to od razu powinno dać personelowi do myślenia. A u nas? Ech....
    Bardzo mi przykro z powodu Twoich cierpień. Zdrowiej szybciutko !
    Chusta ma piękne kolorki:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wychodzi na to, że ból jest sygnałem tylko(!) dla pacjenta ;o)
      Dziękuję bardzo i serdecznie pozdrawiam :o)

      Usuń
  11. Zastanawiałam się, gdzie się Pani podziała, bo w zaprzestanie blogowania bądź - co gorsza - szydełkowania nie wierzyłam. Przykro mi, że historia w tle była tak smutna. Dużo zdrowia i sił!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja zastanawiałam się nad zamknięciem bloga ;o)
      Dziękuję Paulinko i cieplutko pozdrawiam :o)

      Ps.
      Twoja odziana ławeczka, nadal pięknie się prezentuje :o)

      Usuń
  12. Oj, zdrowia życzę! Dobrze, ze w końcu postawiono diagnozę. Teraz będzie juz tylko lepiej! Chusta piękna.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I ja mam taką nadzieję, że już tylko będzie lepiej :o)
      Dziękuję i pozdrawiam serdecznie :o)

      Usuń
  13. O ludzie, szczęka to mi opadła na kolana... Bardzo Ci współczuję. Wracaj do sił!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Staram się Reniu :o) Muszę skończyć Twoją chustę ;o)
      Dziękuję i pozdrawiam cieplutko :o)

      Usuń
  14. Szkoda słów, życzę Ci moja droga abyś szybko wracała do zdrowia i oby nigdy więcej, pozdrawiam ciepło

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, zapewniam Cię, że już nigdy więcej ;o) na szczęście miałam tylko jeden pęcherzyk żółciowy ;o)))
      Pozdrawiam serdecznie :o)
      Dziękuję i również życzę zdrówka :o)

      Usuń
  15. Pierwszy raz jestem u Ciebie i czytam taką niesamowitą historię! Przerażający jest brak empatii i spychologia lekarzy. Jak to piszę, jest początek października, więc mam nadzieję, że jest już lepiej.
    Pozdrawiam ciepło i podeszczowo:)))

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

Kapcie sobie zrobiłam...

Śpiworek - prawie idealny ;)

Tuch Beatrice

“Secret Paths Shawl” po raz drugi ;o)

Krople Rosy...

Niebieski Kołowiec & Urodziny ;)

Moja wersja MIL PASOS jest słodka:)

Szydełkowa chusta dla Ireny :o)

Coś na zimę dla dziewczynek ;o)

Rudy, rudy, rudy... Liść Klonu ;D